środa, 22 kwietnia 2009

00.00 (276)


patrze przez sekundę gdzieś nieruchomo i zaczynam ślepnąć blaknie mi obraz zalewa go fala soli
zaczynam powoli rozszarpywać własną jaźń nieznośną na kawałki; to i tak jak zwykle niewiele da
to jakaś paranoja
nie mam na co narzekać, nigdy nie byłam głodna, brudna, niczego mi nie brakowało
czasem nie wiedziałam jak wyglądają i kim są te osoby, które czasem mijałam w kostnicy którą podobno nazywa się inaczej
złapała ich przeszłość przyszłość chora ambicja i pogwałcone moralności
to będzie bardzo trudne, ja wcale nie jestem nad wiek dojrzała,
ja po prostu zdaję sobie sprawę z niektórych rzeczy;
a nie znam smaku tylko z racji tego, że nie ugryzłam ich
zresztą niewielka różnica; jak mało dni, prawda, od 365 odliczyć wystarczy 22
343
i 276
276 dni zbawienia i spokoju, piękne niebo kiedy wszyscy śpią
chce mi się płakać wyć szarpać i skulić,
nie mam sił,
wracam tylko po to, żeby umrzeć na kilka godzin
mój dom jest tam gdzie stoję trzymając Cie za rękę
teraz płaczę
dumna uparta niezniszczalna ja
jestem człowiekiem, boże, dziękuję za to że potrafię płakać ze smutku, i z miłości



pamiętam pierwszy nasz dzień
pamiętam jak idealnie pasowaliśmy do siebie na kanapie ciemnokrwistej,
let's have a war (so u can go and die)
pamiętasz?
pamiętam magdalenę i wojnę
potem już było tylko słońce i rozgwieżdżone niebo
pioruny są słodkie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz