niedziela, 26 czerwca 2011

newborn

niegdyś jedyną opcją, po burzliwym płaczu, po wrzasku, przeklinaniu świata, pragnęłam zbrodni. pragnęłam zniszczenia, śmierci, bólu dookoła. niosłam zniszczenie, powodowałam ból. ilekroć zostałam ukłuta, w ramach zemsty niosłam śmierć.
potem stałam się miękka. wiecznie unosząca się, nieświadoma szarości świata, stworzyłam bezpieczną galaktykę, która funkcjonowała na moich zasadach. byt abstrakcyjny, jakim się stałam, powoli nabrzmiewał, niczym brzemienny bóg, który ma urodzić świat, który ma tchnąć nieśmiertelny oddech w konstrukcję życia.
nie urodziłam świata. nie tchnęłam niczym bóg, oddechu, w umierający wszechświat dookoła. spaliłam go, spaliłam go budząc się niczym ze śpiączki. okazałam się znów siewcą zniszczenia, otoczona armią umarłych wspomnień, stałam się piekłem samej siebie, paląc wszystko dookoła.
teraz nastał czas zmartwychwstania. popioły już dawno rozwiałam oddechem, rozgarnęłam poparzonymi dłońmi. mam wypalone serce, które dało miejsce pustce.
tym razem jednak nie popadam w dół, nie schodzę ku zmarłym, do królestw podziemi, koszmaru i bólu. tym razem, tworzę siebie od początku, od chwili narodzin po samobójstwie. staje w szeregu bogów, jakich tworzymy z samych siebie we własnych oczach.
dziś towarzyszy mi światło, choć przydymione moją historią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz